Zobaczyć Neapol… (III)

Nogi bolały jak cholera, a palce drętwiały od trzymania aparatu, ale szedłem dalej na spotkanie z przygodą! Ciągle w górę i w górę… a był to dopiero pierwszy dzień! To dopiero początek. Zaczynajmy więc zwiedzanie, a trochę tego było ;)

Wielkim atutem lotniska w Neapolu jest to, że nie jest zlokalizowane kilometry za miastem, dlatego podchodząc do lądowania lub startując, można przy dobrej widoczności zobaczyć w pełnej okazałości Wezuwiusza. Zdjęcie w galerii jest z wylotu, bo mgła uniemożliwiła zrobienie go na początku ;)

Komunikacją dojeżdża się do samego dworca centralnego i to w zasadzie jedyny plus. Bo to właśnie tutaj od Piazza Garibaldi i dalej na południe rozciąga się jedna z bardziej nieciekawych dzielnic miasta (uprzedzając pytania, oczywiście, że tam byłem, będzie o tym w następnym wpisie). Do historycznego centrum Centro Storico (wpisanego do UNESCO) w zasadzie trzeba iść pieszo. Autobusy tam nie wjeżdżają, a przystanki metra też są na jego obrzeżach. Oczywiście można podjechać, aby było bliżej, ale straciłoby się cały urok wąskich uliczek pełnych ulotnego klimatu.

Pierwszy dzień w zasadzie już dawno się zaczął, więc po kwaterunku postanowiłem zjeść pizze w Di Matteo i wspiąć się na zamek Sant’Elmo, aby spojrzeć na Neapol z góry.

Idąc Via dei Tribunali po drodze minąłem: kościół San Paolo Maggiore i Kościół San Lorenzo Maggiore, następnie Kościół Santa Maria delle Anime del Purgatorio ad Arco i Sainta Maria Maggiore della Pietrasanta.

Tutaj odbiłem w kierunku Muzeum Archeologico Nazionale di Napoli, aby zobaczyć jedną z galerii, Galleria Principe di Napoli (czasy swojej świetności ma już niestety za sobą). Dalej wąskimi uliczkami dotarłem do Via Montesanto i kolejki wspinającej się na zamek. Postanowiłem jednak spróbować sił i wspiąłem się schodami na sam szczyt. Dzięki temu spotkałem kilka ciekawych osób i zobaczyłem kilka klimatycznych miejscówek. Pospacerowałem trochę po szczycie, wyczekałem zmroku, zrobiłem trochę panoram miasta i postanowiłem wracać. Powłóczyć się i pobłądzić w wąskich uliczkach dzielnicy hiszpańskiej.

To co mnie najbardziej zaskoczyło na górze, to ilość młodzieży przychodzącej tu, aby spędzać czas. Pod kościołem młodsi grali w piłkę, starsi celebrowali swoje związki, a nos z każdym podmuchem wiatru przynosił charakterystyczny zapach od ludzi, którzy w żaden sposób nie kryli się z tym co palili…

Po dobrych trzech godzinach włóczenia się dotarłem pod katedrę i poszedłem ładnie spać. Zbierając siły na kolejny dzień.

Recommended Posts

Start typing and press Enter to search