Zobaczyć Neapol… (I)

„Wkrótce do walki z błękitnym morzem pozostały tylko meandry ścieżek pod drzewami i okoliczne rodziny zbliżały się do siebie. Był między nami chłopczyk w marynarskim ubranku. Chłopczyk był smutny; wziął mnie za rękę: „Proszę pana – powiedział – byłem w Neapolu; czy pan wie, że w Neapolu jest dużo małych uliczek; w uliczkach można zostać w pojedynkę, tak aby nikt pana nie widział; nie dlatego, żeby nie było dość ludzi w Neapolu, ale jest tyle małych uliczek, że na każdą osobę wypada jedna”. – „Co za kłamstwa ten mały panu opowiada – odezwał się ojciec – on nigdy nie jeździł do Neapolu.” – „Panie, syn pana jest poetą.”-  Max Jacob (1876-1944)

To moja druga wizyta w Neapolu. Wezuwiusz i Pompeje zdobyłem poprzednim razem, przy okazji zlecenia ślubnego i z tego też powodu w ogóle nie starczyło mi czasu na zakochanie się w mieście, o którym Goethe pisał, jak o raju na ziemi. Tym razem miałem prawie cztery dni tylko dla nas.

Tylko wysiadłem z autobusu i od razu zaatakował mnie wszechogarniający hałas i zgiełk, przekrzykiwanie się ludzi, żywiołowe rozmowy, prowadzone przede wszystkim rękoma, klaksony, wyskakujące zewsząd rozpędzone skutery. Wszędzie pełno śmieci, na klombach i w donicach więcej niedopałków papierosów i butelek niż na chodnikach, a tych i tak więcej niż w koszach na śmieci. Plaga podejrzanych handlarzy i typów niewiadomej proweniencji. Wyzywająco ubrane panny pozawieszane na swoich „wyżelowanych” chłopakach, głośno śmiejąc się wspominały wczorajsze melanże. Obok kilka pakistańskich spożywczaków z tanim piwem, fast foody i „suweniry”.

Przeszedłem obok tego wszystkiego pewnym krokiem, udając kompletny brak zainteresowania. Obrałem kierunek na Via Tribunali, aby odebrać klucze od mojego Gospodarza z Airbnb. Przestronny pokój z widokiem na katedrę bardzo przypadł mi do gustu. Fakt, katedrę widać tylko od tyłu z podwórza, ale za to 10 metrów od mojego balkonu. Samo historyczne centrum, kościoły, pomniki, sklepiki i warsztaty lokalnych rzemieślników. W pizzeriach i kafejkach tłumy turystów, a to przecież marzec.

Na balkonach galerie odzieży, prawdziwa feeria kolorów, rozmiarów i kształtów… Skarpetki, bielizna, dresy… A zaraz obok ciemna, wąska uliczka, przecięta kolejną i kolejną. Coraz mniej kolorów, światła, życia, więcej mroku, ciszy… Wreszcie słyszałem własne kroki… własne myśli… Gdzieś przemknął ktoś jak cień lub przeszedł tuż obok ze spuszczoną głową. Inny spojrzał hardo w oczy. Czasem na twarzach dostrzegłem zaciekawienie, czasem zdziwienie, czasem uśmiech, najczęściej jednak obojętność i zmęczenie. Nagle usłyszałem ryk i zza zakrętu wyskoczył skuter jak pocisk z procy. Klaksonem dał znak, że to on ma pierwszeństwo. Był głośniejszy od tego z prawej. Pojechał. Cisza…

Gdzieś słychać kroki. Płacze dziecko. Zamiałczał kot. Czuć zapachy spóźnionych obiadów, ktoś odkłada sztućce mówiąc „Grazie”, w telewizji leci talk show. Gdzie indziej leci „Io ci sarò” Rocco Hunt. Aparat cały czas mam w ręce gotowy do strzału, w drugiej piwo, brodę dawno niestrzyżoną i dresową bluzę w kolorze SSC Napoli. Chyba nie wyglądam na zagubionego turystę? Czasem się uśmiechnę, czasem spuszczę wzrok i pociągnę łyka z butelki, czasem udam, że co innego mnie interesuje, czekam na kogoś lub na coś, albo spojrzę w telefon. Dostaję sms: „Dotarłeś? Gdzie jesteś?” – odpisuję, szczerząc zęby: „Nie wiem. Zagubiłem się. Jest zajebiście.”

Nie jestem ani typowym turystą, ani typowym fortografem. Uwielbiam zagubić się w obcym mieście i iść tam, gdzie oczy poniosą. Zawsze staram się zobaczyć to co przewodnik mówi, że musi mi się spodobać. Ale tak naprawdę, to włóczenie się i wchłanianie wszystkiego wokół, sprawia mi prawdziwą radość.  Zaspokajam w ten sposób tę swoją natrętną potrzebę poznawania i odnajduję wewnętrzny spokój. Pozwala mi to potem skupić się na pracy i codziennym życiu.

Recommended Posts

Start typing and press Enter to search