Bukareszt – dzień pierwszy (słońce)

Trzebnica – Bukareszt. Wybiła 20ta, oddałem studniówkę. Mogłem skupić się na wyjeździe. Logistycznie nie byłem, tak fatalnie przygotowany jeszcze nigdy. Odprawiłem się na samolot, pożyczyłem toner, podrukowałem bilety.

Tak sobie myślę co napisać Wam więcej? Od godziny nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy. O 21ej sprawdziłem połaczenia do Wrocławia. Dzień wcześniej kupiłem bilet na jakieś koncerty. Muza leciała w tle. Siedziałem, siedziałem, słuchałem… Leciałem z Warszawy. Bilety kosztowały mnie ok. stówki i dwie dychy za PolskiegoBusa.

21 stycznia było zimno, nie chciało mi się zebrać w sobie. Czekałem. Nie wiem na co. Dalej słuchałem rumuńskiej muzy. Sprawdziłem autobusy do Wro jeszcze raz. Nie było nic, dopiero szynobus o  22iej z groszami… Na miejscu 22.50, a o 23ej miałem połączenie do Wawy. Poszukałem jeszcze mapek, zapisałem kilka rzeczy, które wydawały mi się istotne. Wybiła 21.40. Zacząłem pakowanie, wykąpałem się, poszukałem paszportu, wybiegłem z domu, prawie umarłem pod PKP. Wsiadłem, siadłem. Usłyszałem tylko gwizdek, ruszyliśmy. Sam w pociągu. We Wro byłem 22.55. Dobiegłem na PKS, wsiadłem, zdjąłem kurtkę, ruszyliśmy… Gdybym nie kupił biletów na koncert, pewnie bym odpuścił. Ja nie biegam…

Godzinę czekałem na pierwsze metro. Coś zjadłem. Zimno, mokro. Poszukałem wpłatomatu mojego banku, bo zapomniałem zostawić kasę w domu. Musiałem zlokalizować kantor. Kupić walutę. Kupiłem 100 euro i 200 lei, gdzieś na Alejach Jerozolimskich. Dotarłem, aż do palmy. Jak są palmy, zawsze musi być zajebiście, pomyślałem. Było. Względem kantoru na Centralnym zaoszczędziłem 40-50 zeta na wymianie, względem lotniska prawie 90 zeta. Warto było się przejść.

Pokręciłem się po lotnisku, wyleciałem, wylądowałem. Bukareszt – Otopeni. Była 14ta. Poszukałem budki z biletami na 783 do centrum. 8 zeta za dwa bilety. Nie można kupić jednego, tylko dwa. Jechałem w ścisku, rozkoszując się widokami, nie policzyłem ile przystanków mam jechać, z głośnika nic nie rozumiem, prawie nic nie było słychać. Pewny byłem, że przejechałem swój przystanek, ale spodobało mi się to co widziałem. Na zewnątrz słońce. Pomyślałem, że się przejdę. Musiałem, źle wysiadłem.

Przeszedłem się z Piata Romana do Piata Victoriei, wszędzie sporo pięknej architektury. Trochę secesji, trochę przekombinowanych willi w stylach historycznych, ciekawy modernizm, postmodernizm, socjalizm…

Zgłodniałem. Wszedłem do sklepu. Mini Market. Są wszędzie. Kupiłem jakiś ser i pseudo krafta. Tanie to nie było. W ogóle tanio tu nie jest. Wszędzie te minimarkety, banki, puby i cerkwie. Na ulicach stary tabor, ze studzienek wydobywała się para, na słupach fetysz kabli, prostych, kręconych, czarnych. Poszedłem dalej w kierunku dworca Gara de Nord. Gdzieś obok miałem hostel. 100 zł za trzy noclegi w pokoju czteroosobowym.

Przedostałem się przez stację. Dzielnica willowa nie zachwyciła, ale lubię takie. Wszędzie warsztaty samochodowe, kałuże, kable, od czasu do czasu wyzywająco spoglądające prostytutki. Leniwe tynki, nie trzymały się ścian wytrwale. Myślę, zgubiłem się. Nie zgubiłem się jednak. To było tutaj.

W hostelu czysto, ciepło, sam w pokoju, szafka, łóżko, ręcznik, sporo miejsca. Na bookingu ocena 9.1. Biorąc pod uwagę okolicę, dla mnie nawet 15/10. Zameldowałem się, rozpakowałem, spojrzałem za okno, poszedłem się wykąpać i w drogę. Za trzy godziny miałem być na koncercie… Trzy razy się zgubiłem. Nikt nie wiedział gdzie jest klub. Wydrukowaną mapkę zostawiłem w szafce. Kupiłem drugiego krafta. Podszedłem do policji. Sprawdzili, wskazali drogę. Jedyne osoby, które spotkałem i nie znały angielskiego. Nadrobili uprzejmością. Dotarłem na miejsce na czas. Pięć koncertów. Wróciłem o 4ej rano. Ktoś spał już w pokoju. Położyłem się. Zaczął padać deszcz… A w głowie “Bucharest in the house”.

O koncercie tutaj :)

MACANACHE - In fiecare zi

Recommended Posts

Start typing and press Enter to search


Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /wp-content/themes/jupiter/footer.php on line 223