Budapeszt moja miłość

Budapeszt. Nigdy nie planowałem, nigdy nie pragnąłem, nigdy nie patrzyłem w tę stronę. Kiedy wybierali się tu znajomi w zeszłym roku, nie pojechałem. Miałem ciekawsze plany. Tokaja czasami pijałem. O Węgrzech uczyłem się w szkole.

Kiedy zadzwonił do mnie przyjaciel, że ma wolny weekend i chce się wyrwać z codzienności, wszystko się zmieniło. Budapeszt okazał się najtańszym i najlepiej skomunikowanym, z naszym wolnym czasem, portem docelowym w Europie. Wylot w piątek, powrót w niedzielę, bilety za grosze. Stolica Węgier stała się naszym celem.

Zamówiłem bilety, wynajęliśmy apartament na Izabella udca. W pracy szał, aby domknąć wszystkie sprawy i ze spokojną głową dojechać do Warszawy na czas. Tak nieprzygotowany chyba nigdy w życiu nie leciałem nigdzie. Ale co tu przygotowywać. Największym wyzwaniem był transfer z lotniska do apartamentu. Potem już tylko łażenie po mieście z Tokajem w ręce i długie męskie rozmowy. Plan ambitny do granic możliwości. ;)

W drodze do Warszawy odświeżyłem sobie w pamięci węgierską komedię „Kontrolerzy” Nimróda Antala. Kawał świetnego kina, a akcja rozgrywa się w budapesztańskim metrze. Chodząc po stacjach metra, przesiadając się z jednego wagonika do drugiego, biegając po ruchomych schodach, zagadując kontrolerów, szukając kas i obserwując współpasażerów, poczułem się częścią tego abstrakcyjnego scenariusza.

Żółta linia metra w Budapeszcie – (węg. Millenniumi Földalatti Vasút – Milenijna Kolej Podziemna). Jest jedną z najstarszych linii w Europie (po Londynie). Wybudowano ją w 1896 roku w ramach obchodów 1000-lecia istnienia państwa węgierskiego. Od 2002 roku linia M1 z aleją Andrássy oraz Placem Bohaterów znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. (źródło: Wikipedia)

Zwiedzanie… hmmmm. Tanie piwo, bardzo tanie wino, palinka, knajpek jest tu sporo… neogotycki gmach parlamentu nad Dunajem z l. 1885-1904 (Országház), hmmm co jeszcze?… Wzgórze Gellérta (Gellérthegy), ale tylko z okien tramwaju. Most Łańcuchowy (Széchenyi lánchíd) z l. 1839-49, Dunaj, starówka… chyba… albo jej pobliże, Országház, Dunaj, opera, ręka św. Stefana, Országház, kolejka zębata, winiarnia przy zamku, Baszta Rybacka (Halászbástya), widok na parlament (Országház), kościół św. Macieja (Mátyás templom), ciężkie wejścia po stromych schodach, ostre zejścia, Országház… metro…. sklep, jakieś lwy, męskie rozmowy i obowiązkowy wypad do term.

Łaźnie Széchenyi’ego (Széchenyi Fürdő) są imponujące. Tylko kilka krótkich przystanków metrem i wysiada się w samym sercu parku na wprost pseudobarokowego gmachu. Na zewnątrz temperatura w granicach 8 stopni, a woda jak po odkręceniu kurka z czerwoną kropką… Głowa do góry i można liczyć gwiazdy oraz wsłuchiwać się w lekki szum wody. Tu i ówdzie zakochane pary tańczą w objęciach. Ratownicy dyskretnie zerkają, udają że nic nie widzą… mam wrażenie, że to węgierska specjalność. Taki relaks przed ciężkim sezonem w pracy… mistrzostwo świata.

„Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli, i do szklanki – Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát”… hmmm, no nie wiem. Węgierski to dla mnie język z kosmosu, angielski dla miejscowych, w większości też, o polskim nie wspomnę… do  tej pory nie umiem poprawnie powiedzieć po inszemu prawie nic… ale mimo to zbrataliśmy się tu i tam. Poza tym słowo „wine” nie każdy rozumiał, ale wino jak najbardziej. Znaczy nasi tu byli. Często lub intensywnie.

Nieważne. Na mieście wszyscy jacyś senni, nieobecni, ale w pubie, przy palince to zupełnie inni ludzie. Otwarci, życzliwi, takie bratanki nasze :) Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Będzie to dla mnie jeden z najpiękniejszych wyjazdów w życiu. Jeszcze dobitniej zrozumiałem tutaj, że to ludzie, z którymi się jest, są ważni, a nie miejsca w których się bywa…

Na zdjęciach zobaczycie trochę tego co sam widziałem i uważam, że można pokazać. Wypadałoby wrócić tu jeszcze raz. Dlaczego oni tyle wina wlewają do butelek, że nie można wdusić korka?

Recommended Posts

Start typing and press Enter to search